publikacje IPP

Polak nie, firma tak

DATA OPUBLIKOWANIA: 2004-04-10

Do pracy w Unii łatwiej razem niż osobno Unia zamyka swoje rynki pracy przed pojedynczymi Polakami, a jednocześnie otwiera je dla naszych przedsiębiorstw. Liczy na to kilkaset firm usługowych z branży budowlanej, spożywczej i stoczniowej. W wielu przypadkach najprościej będzie znaleźć pracę w Unii zatrudniając się w kraju.

PIOTR STASIAK

Rajmund Janczyk, przedsiębiorca z województwa opolskiego, na pewno będzie świętował dzień wejścia Polski do Unii. Od ośmiu lat prowadzi firmę, która na terenie Niemiec i Austrii buduje domy jednorodzinne i bloki. Interes idzie dobrze, zamówień jest sporo. - Prawdziwy wiatr w żagle złapię dopiero po 1 maja - zapowiada Janczyk. A sekret dotychczasowych sukcesów jest prosty. Do wykonania zleceń przewozi z Polski własnych robotników. Dzięki temu jest o 30-40 proc. tańszy od niemieckich podwykonawców. Janczyk zatrudnia na razie 50 osób, ale od kilku miesięcy szuka nowych partnerów w Szwecji, Belgii i Irlandii. Wie, że po 1 maja będzie mógł świadczyć usługi na terenie całej Unii. Za każdym razem do wykonania kontraktu będzie przywoził własną ekipę. - Przyjmę do pracy co najmniej sto osób - mówi Janczyk.

Prezes IPP W ten sposób pracę w krajach Unii mogą znaleźć robotnicy budowlani, inżynierowie, stoczniowcy, monterzy, masarze, rzeźnicy. Podczas gdy większość krajów Piętnastki zapowiada przynajmniej 2-letni zakaz wstępu dla pracowników z Polski, kilkaset firm już przygotowuje ekipy, które od maja ruszą na Zachód. Jak to możliwe? - Okresy ochronne dotyczą samodzielnego poszukiwania i podejmowania pracy przez polskich obywateli. Ograniczenia nie obejmują polskich przedsiębiorstw, które będą tam świadczyć usługi - tłumaczy mec. Tomasz Major z kancelarii prawnej Haarmann Hemmelrath. Np. stocznie francuskie, którym brakuje wykwalifikowanych pracowników, już dziś zlecają polskim firmom malowanie statków albo wykonanie elementów stalowych. Podpisywana jest umowa o dzieło i nasze spółki wysyłają do Francji własnych etatowych pracowników. Ekipy z Polski zarabiają więcej niż w kraju, a i tak są tańsze niż miejscowe. W Polsce są też ściągane składki na ubezpieczenie społeczne, zaś kwota, od której płaci się ZUS, dodatkowo pomniejszona jest o koszty utrzymania pracownika za granicą. Właśnie te niższe składki są kluczowe dla opłacalności całego przedsięwzięcia. - To chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy ZUS jest moim sprzymierzeńcem - mówi anonimowo właściciel firmy, która na Zachodzie montuje stalowe hale.

Dzięki tym korzystnym przepisom socjalnym polskie firmy mogą być tańsze od francuskich, niemieckich, belgijskich. - Interes wszystkim się opłaca - mówi Rajmund Janczyk. - Dla wielu firm będzie to wielka szansa, pojawią się nowe etaty - przewiduje Anna Krasucka, prezes Izby Pracodawców Polskich. Podobnego zdania jest Barbara Reduch-Widelska, prezes UNI-BUD, branżowej organizacji zrzeszającej firmy budowlane, które świadczą usługi w krajach Unii.

Zapisane w traktacie akcesyjnym prawo do świadczenia usług to nie jest efekt niedopatrzenia brukselskich urzędników ani też spektakularny sukces naszych negocjatorów. Konflikty o swobodę świadczenia usług pojawiły się już wcześniej, kiedy firmy z nowo wstępujących krajów próbowały przebić się na wspólny rynek w czasie obowiązywania okresów ochronnych. W przypadku Portugalii wynosiły one siedem lat. To właśnie portugalskie przedsiębiorstwa w 1986 r. oddały sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i wywalczyły korzystny wyrok. Sąd orzekł, że nie można godzić się na świadczenie usług przez firmy z nowych krajów członkowskich i jednocześnie zakazać im zatrudniania na terenie innych krajów Unii własnych pracowników. Dlatego Bruksela, spodziewając się kolejnej fali pozwów, od razu wbudowała furtkę do traktatu akcesyjnego, który będzie obowiązywał Polskę.

Eksperci ostrzegają jednak, że stosowanie tych przepisów w praktyce będzie wymagało dobrej znajomości unijnych dyrektyw i lokalnych przepisów prawa pracy. Niemcy od razu zastrzegli sobie, że korzystne dla nowych członków prawo nie obejmie usług budowlanych, dekoratorów wnętrz i sprzątaczek. Tylko do niektórych miast, gdzie brakuje pracowników, będzie mogła co roku wyjechać ściśle określona liczba polskich robotników budowlanych. Kwestie kontyngentów reguluje od początku lat 90. polsko-niemiecka umowa. I tu po 1 maja niewiele się zmieni. Dotychczas w ramach limitów na budowy jeździło rokrocznie ok. 20 tys. Polaków. - Niemcy nas potrzebowali, gdy rozbudowywali autostrady i Berlin. Teraz przybywa im bezrobotnych, więc niechętnie wydają pozwolenia - mówi Barbara Reduch-Widelska. W Austrii przy świadczeniu usług nie będą mogli pracować ogrodnicy i ochroniarze.

Również w innych krajach tani, niepłacący tam składek Polacy mogą być solą w oku. Wraz ze wzrostem bezrobocia systemy ubezpieczenia społecznego w niektórych krajach Piętnastki zaczęły tracić płynność finansową. Ich szefowie próbują więc wykorzystać każdą okazję do zdobycia pieniędzy. Granica pomiędzy świadczeniem usługi a wypożyczaniem pracowników będzie trudna do ustalenia - mówi Andrzej Marczak, doradca podatkowy w KPMG. Pracownik z Polski, wykonujący zleconą usługę na Zachodzie, może podlegać ubezpieczeniu w ZUS najdłużej przez dwa lata. Potem musi opłacać składki w kraju, w którym przebywa. Ale urzędnicy będą prawdopodobnie robili wszystko, aby ten okres skrócić. - W praktyce trzeba się przygotować na żonglerkę przepisami i pismami - przyznaje Tomasz Major. I dmuchać na zimne.

Przekonała się o tym spółka Polkat, która od 20 lat wykonuje w Niemczech prace budowlane. Na przełomie lutego i marca br. na teren budów prowadzonych przez Polkat weszła niemiecka policja celna. Zajęto konta firmy i aresztowano kilku polskich pracowników, którym postawiono m.in. zarzut pomocy przy nielegalnym zatrudnianiu cudzoziemców. To wywołało poruszenie wśród polskich firm działających na rynku niemieckim. - Każdy, kto wysyła tam swoich pracowników, musi w pełni przestrzegać przepisów, które regulują umowę o dzieło - mówi Tomasz Major - inaczej świadczone usługi będą traktowane jako wypożyczanie pracowników, a to jest zabronione i karane.

Ekipa, która wykonuje zleconą pracę, powinna stanowić samodzielny zespół. Najlepiej, jeżeli pracuje w oddzielnej sali i słucha wyłącznie poleceń szefa Polaka. Pracownik nie może też zarabiać dniówki ani stawki godzinowej. To niemiecka firma powinna płacić polskiej całą kwotę za usługę, a ta dopiero w Polsce wypłaci załodze pensje. Problem w tym, że zdaniem Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorstw Usługowych (VdPD), które zrzesza działających za Odrą pracodawców, Polkat tych reguł przestrzegał. - Wcześniej często zdarzały się kontrole, ale nigdy nie traktowano nas tak ostro - mówi Wojciech Siwek, prezes Polkatu.

W środowisku firm budowlanych zauważono, że takich nalotów jest coraz więcej. Przedsiębiorcy obawiają się, że te pokazowe akcje są niebezpiecznym sygnałem, który ma świadczyć o zaostrzeniu kursu wobec pracowników ze Wschodu. Domagają się tego silne niemieckie związki zawodowe, które obwiniają Polaków o spadek stawek i rosnące bezrobocie (już prawie 10 proc.). Nowo utworzona policja celna potrzebuje więc szybko efektownych sukcesów medialnych w walce z napływem imigrantów.

Między innymi dlatego wielu polskich przedsiębiorców nie chce się wypowiadać pod nazwiskiem. - Robię swoje, dobrze zarabiam, a im ciszej wokół sprawy, tym lepiej - mówi jeden z nich. Anna Krasucka z Izby Pracodawców Polskich przyznaje, że mimo wprowadzanych utrudnień, właściciele firm chętnie szkolą się i szukają informacji. Przecież na Niemczech Unia się nie kończy. Z powodu uciążliwych kontroli już dziś wielu przedsiębiorców szuka zleceń w innych krajach Wspólnoty. Tym bardziej że pracownicy budowlani z Polski mają na Zachodzie dobrą opinię. - Nie powinni mieć problemów ze znalezieniem pracy - mówi Jarosław Popiołek, prezes Warbudu, który wykorzystywaniem furtki nie jest zainteresowany. Wie za to, jak wygląda sytuacja na francuskich budowach. - Czasami inwestycja jest wstrzymywana, bo brakuje rąk do pracy - mówi.

Pewne jest, że kraje Piętnastki będą pilnować swoich interesów. Wraz ze wzrostem bezrobocia na Zachodzie rosną obawy, że setki tysięcy pracowników ze Wschodu zdezorganizują unijny rynek pracy. Podsycają je populiści i prasa brukowa. - Jeżeli lokalni urzędnicy zorientują się, że stanowimy tam zbyt dużą konkurencję, mogą zacząć interpretować przepisy na naszą niekorzyść - przyznaje Andrzej Marczak. Ale wtedy to oni będą naginać prawo. Niemieckie władze federalne już wysłały jasny sygnał - będziemy dokładnie patrzeć polskim firmom na ręce. Mimo to nasi przedsiębiorcy ciągle mają nadzieję, że złote góry, które chcieliby odkryć w eurolandzie, nie znikną równie szybko jak obietnice otworzenia całego unijnego rynku pracy.